Philips 22AH491 - kolumny poniżej 100 zł
Kupiłem dziś za grosze (80 zł) z ciekawości głośniki zrobione z paździerza. Gdyby nie kilka faktów, które wzbudzały pozytywne skojarzenia, w życiu bym na nie nawet nie spojrzał.
Po pierwsze, są to głośniczki marki Philips. Jeżeli miałbym powoływać się na sentymenty, to mam do tego znaczka sentyment na poziomie Sanyo, czyli ogromny. W latach 80-tych jakimś cudem, przy pomocy wujka zza żelaznej kurtyny rodzice kupili lodówkę oraz zamrażarkę marki Philips. Patrzyłem na ten znaczek na drzwiach lodówki każdego dnia, przez całe swoje dzieciństwo i część młodości. Kojarzył mi się z luksusem, zachodnią technologią, marzeniami.
Po drugie, są to głośniki szerokopasmowe, czyli centrycznie zamontowany jest głośnik nisko-średniotonowy, a w nim wysokotonowy. Nigdy nie miałem takiego wynalazku na swojej półce.
Dodatkowo tył tej kolumny wykończony jest perforowaną płytą pilśniową i od wewnątrz zabezpieczony przed kurzem czymś jakby tkaniną. Nie są one jakkolwiek zamknięte, ani nawet otwarte z bass refleksem. To jest tak naprawdę konstrukcja typu open baffle, czyli obudowa w pełni otwarta.
Z minusów... to już lata 80-te. Kolumny pochodzą wg numerów seryjnych z 12-tego tygodnia roku 1980. Jak to się wielokrotnie powtarza: w tych latach rządzili już księgowi, plastik i płaskie brzmienie. Powstawały nowe, zwinne firmy produkujące sprzęt hifi, ale dinozaury kulały. Philips jest właśnie jednym z tych dinozaurów, który wspaniałe dziedzictwo w historii rozwoju świata audio musiał ekonomicznie podpierać tanimi paździerzowymi pudełkami, na których po prostu zarabiał pieniądze.
Za kilka lat Philips miał być jednym z prekursorów płyty CD i producentem pierwszych odtwarzaczy CD, do dziś cieszących się niebywałą estymą i powodzeniem na aukcjach. Tymczasem wypuścił na świat leciutkie pudełka o nazwie 22AH491.
Nie do końca wiedziałem jak ich słuchać. Na początku postawiłem na KEFach Concerto i udawałem, że to normalne głośniki, ale muzyka była tak cienka jak rosół z kostki rosołowej. Oczywiście oczekiwania, że nagłośnią one mój salon wybiegały ponad rzeczywistość, ALE, swego czasu podobnych rozmiarów KEFy Cresta (1967) wbiły mnie w fotel na długie godziny. Philipsy tego nie zrobiły. Do wzmocnienia użyłem całego garnituru małych wzmacniaczy Philipsa, aż po Telefunkena Concerto i w końcu V201. Im lepszy wzmacniacz tym było dziwniej. Jakby parować ze sobą dobermana z pomeranianem i patrzeć jak się bawią. Weird...
W końcu wymyśliłem, że użyję ich jako monitorów bliskiego pola. Ustawiłem je na stole/biurku, usiadłem metr przed nimi i spiąłem z (mniej więcej) rówieśnikiem - Sanyo JA220. I tak naprawdę to dopiero teraz zrobiło się dziwnie... ja po prostu tak nie słuchałem muzyki od 25 lat. Zawsze albo szukałem potęgi brzmienia i wypełniania całego salonu, albo zamykałem się w mikroświecie słuchawek. Kolumny stojące metr przede mną są gdzieś w pół drogi między jednym a drugim. Kreują taką mini scenę pomiędzy, na której stoją i grają pomniejszeni artyści. Taki malutki Brendan Perry, albo jeszcze mniejsza Suzanne Vega. I ani nie ma rozmachu wielkiej sceny, ani nie ma intymności słuchawek... Weird...
I dopiero kiedy przełknie się to poczucie dziwności można zacząć ich słuchać. I... tak... grają lepiej niż głośniczki do komputera, z czasów gdy jeszcze pracowało się na komputerach stacjonarnych. Oczywiście w tym zestawieniu to grają nawet fantastycznie i jestem nawet w stanie wyobrazić sobie osoby, które nie potrzebują więcej aby słuchać swoich ulubionych płyt. Jest całkiem przyzwoita przestrzeń i wysokie tony oraz średnica, ale dołu to one nie mają zbyt wiele. Jeżeli ktoś jest przyzwyczajony do grających skrajami przenośnych głośniczków JBL'a to może się mocno zdziwić. Czy na minus? Jeśli celem jest rozkręcenie domówki, to na pewno na minus. Ale jeżeli celem jest posłuchać w niemęczący sposób muzyki na cichszych, nocnych rejestrach - to może się zdziwić nawet na plus.
Kolumny warte 80 zł, może nawet i okrągłą stówę.
Zaskoczyło jeszcze jedno, przełączałem kilka różnych wzmacniaczy brzmiących mniej lub bardziej "kolorowo", oddających muzyce swój charakter, i dopiero Sanyo JA220 zagrał naprawdę liniowo. Tyle się o tym mówi opisując to Sanyo, sam tak powtarzam, że gra liniowo, blablabla... ale ... naprawdę tak gra! Tak poprawnie, budżetowo audiofilsko i neutralnie.
Komentarze
Prześlij komentarz