TFK 201A + KEF Concerto - Desert Island

Gdyby dziś ktoś zadał mi proste pytanie:

- Jedziesz na bezludną wyspę i możesz zabrać ze sobą tylko jeden wzmacniacz i jedną parę kolumn, co wybierzesz?

Wahałbym się przez chwilę, bo Renaissance 90 to potęga. Ale wciąż nieujarzmiona, ECI5 daje dużo, ale wciąż nie daje im wszystkiego.   

Zabrałbym to, do czego ostatnio wracam najczęściej, do czego porównuję inne sprzęty, co powoli zamienia się w duet doskonały: Telefunken V201a + KEF Concerto

Zapewne jest dużo lepszych zestawień zarówno wspomnianych kolumn jak i wzmacniacza, ale mi to niemiecko-brytyjskie przymierze zwyczajnie odpowiada. 

Moje postrzeganie idealnego brzmienia przez lata ewoluowało. Kiedyś liczyła się przede wszystkim scena i precyzja wysokich tonów, siedziałem z zamkniętymi oczami centralnie na fotelu i placami pokazywałem sobie gdzie kto śpiewa, gdzie kto gra. Kompletnie nie wiem po co. Bo potem przez długie miesiące wkręcałem się w kompletowanie dyskografii jakiegoś artysty np. Shirley Bassey i strasznie kręciło mnie, że udało się kupić "Something Else" na winylu i liczyła się tylko muzyka, a grała cudownie, bo kiedy muzyka sama w sobie jest cudowna, zagra cudownie i w samochodzie, i  na słuchawkach z telefonu, i na każdym sprzęcie audio. A najczęściej najgorzej zagra na tym najlepszym sprzęcie. I nie miały dla mnie większego znaczenia niuanse sprzętu, na którym słuchałem kiedy muzyka była wspaniała!

Wracając po pytania z początku wpisu:

Jedziesz na bezludną wyspę i możesz zabrać ze sobą tylko jeden wzmacniacz i jedną parę kolumn, co wybierzesz?

paradoksalnie jest to kompletnie inne pytanie niż:

Jaki wzmacniacz i kolumny byś podłączył, gdyby przyszedł do ciebie znajomy i poprosił aby zrobić na nim wrażenie?

To drugie pytanie mnie przeraża, bo aby poznać walory sprzętu trzeba spędzić z nim minimum kilka godzin, najlepiej sam na sam. Nauczyłem się już, jakie utwory na jakich zestawach puszczać gościom, aby kiwali z poszanowaniem głową. Ale zawsze, kiedy chcę wyjść poza tę audiofilską pięść w twarz, poza te Nilsy Lofgreny i Sary K. i puścić to czego sam słucham kiedy jestem sam... to okazuje się, że się po prostu nie da... bo nie jestem sam. 

I kiedy osiągam tę intymność, ale tę z bezludnej wyspy, a nie tę z prezentacji sprzętu, to wtedy nagle zaczyna grać Mike Scott i The Waterboys, zaczyna czarować Dead Can Dance, a z Suzanne Vega mógłbym wziąć ślub. 

I takie jest dla mnie dziś połączenie TFK V201a  + KEF Concerto



Komentarze

Popularne posty